
Dzień dobry. Już od dość dawna chodziło mi po głowie rozpoczęcie nowego cyklu pod tagiem „Ściana. Miasto. Tekst.”. Całość ma dotyczyć tego co widzę – więc świata. Głupizm. Jednocześnie nie będę się specjalnie przejmował ponadprzeciętną ułomnością tej definicji. Podobnie rzecz ma się z definicją „tearalizacji”, a przecież właśnie tym zajmuję się na blogu. Odsyłając Państwa do klasycznego dowodzenia podobnego przez podobne, ucieknę od problemu w nowy temat. Po co komu problemy. Do rzeczy.
Mieszkam w Poznaniu. Miasto stawia na mojej drodze rzeczy obok których nie mogę przejść obojętnie. Stawia ściany, miasta i teksty. Czasem niebywale głupie, czasem – małe dzieła sztuki. Co najważniejsze – wyjątkowe. Wyjątkowość polega na ingerencji użytkowników w przestrzeń. Kim są ludzie którzy piszą po drzwiach w toletach, murach, którzy udoskonalają billboardy? Jak to się dzieje, że przestrzenie użytkowe nabierają cech komunikatów? Oczywiście nie zamierzam odpowiadać na te pytania, ale przecież musimy mieć jakieś motto. Prawda? Mam nadzieję, że wystarczy nam fakt tego, że ja to kocham. A wiadomo jak jest z miłością – łatwo się zarazić.
W ramach premiery „Ściana. Miasto. Tekst. : Sanktuarium Beryla”.
Bloki. Krzaki. Garaże. Życie toczy się. Jednak nie dla wszystkich. Beryl zdechł. Nie wiadomo kto i nie wiadomo kiedy wydarł miastu kawałek przestrzeni. Beryl żył dwadzieścia lat. 78 - 98. Nie ma tam ławki, krzesła, stolika. Nic nie ma. To miejsce nie służy do leżenia, siedzenia, zjadania. To tylko kawałek chodniczka, który prowadzi do pamiątki po. Gdy wszystko dookoła plugawi się, Beryl tkwi w uświęconej ziemi. Sanktuarium które jest pomnikiem miłości i smutku. Nie daleko śmietnika. I nie jest to tania ironia. To życie.





Tagi:
Ściana. Miasto. Tekst.