Bądź na bierząco - RSS

fun with Rats i Marina

sierpień 4th, 2009 | Brak Komentarzy | Kategoria: performans, społeczeństwo
Tagi:

010

sierpień 3rd, 2009 | Brak Komentarzy | Kategoria: performans, społeczeństwo

Kontynuując wątek ciała, warto porozmawiać o jego braku. Dzisiaj zapis performensów, które miały miejsce w grze Second Life, o której już kiedyś pisałem tu przez grupę o której kiedyś pisałem tu.

Część druga z niejasnych przyczyn została zablokowana i nie mogę jej wkleić na stronę bezpośrednio. Podaję link.

Część trzecia ma ten sam problem - link.


Zaprszam.

Tagi:

2 x franko x b

lipiec 15th, 2009 | Brak Komentarzy | Kategoria: hc, performans, rytuał, scenografia, społeczeństwo

Dzisiaj dwie prace Franko B.

‘I miss you’ oraz ‘Im thinking of you’.

Jedyne co mnie szokuje – ilość fleszy.

Rzeczywiście Farnko, produkje obrazy - tak jak deklaruje.


Tagi:

f ran k.o. b

lipiec 13th, 2009 | Brak Komentarzy | Kategoria: hc, performans, rozmowa, społeczeństwo

Dziś zapraszam na piękny wywiad z włoskim artystą imieniem Franko B. Krwawy performer, który wywodzi się ze sztuk wizualnych – malarstwo, video, fotografia – opowiada pięknymi słowami o tym, że ‘każda kultura ma swój darkroom’, czym są ‘różowe funty’, a także o tym co lubię – czyli, krwi. Fantastyczny wywiad, został przeprowadzony w zeszłym roku przez Magdę Pustołę.

Magda Pustoła: Idąc tu, byłam przerażona perspektywą rozmowy z tobą. Przez tę krew, która przelewa się na twoich performensach. [Franko pokłada się ze śmiechu] I co? Właśnie oznajmiłeś, że koniec z krwawieniem! Koniec ostrych performensów – jak zatytułował tekst o tobie jeden z dziennikarzy. Czemu?

Franko B.: Bo czas najwyższy, żeby iść dalej. Są inne sposoby, by pokazać krwawienie. Dwadzieścia lat temu zacząłem pracować z moim ciałem jako płótnem. Jestem przecież malarzem, artystą, operuję językiem wizualnym. Ale musisz sobie zdawać sprawę z tego, że kontekst, w którym pracujesz, ciągle się zmienia. Ty również się zmieniasz. Nie mam już 30 lat, tylko 48. Moje niepokoje, potrzeby i pragnienia różnią się od tych, które mnie dręczyły, gdy byłem dwudziestolatkiem. Sęk w tym, co zrobisz, jak osiągniesz szczyt. A dla mnie szczytem było właśnie krwawienie, to znaczy ten moment, w którym udało mi się stworzyć integralne prace wykorzystujące krew.

Co to znaczy integralne?

Są dwa sposoby krwawienia. Sama się tniesz albo znajdujesz kogoś, kto staje się twoim współpracownikiem. Mnie udało się znaleźć lekarza, który oceniał to, na ile jestem w stanie zapanować nad tym, co robię, co jest dla mnie bezpieczne – fizycznie i, co ważniejsze, emocjonalnie. Gdybym był niestabilny, zbyt wrażliwy, prawdopodobnie nie pomagałby mi.

Chodziło ci o to, żeby było bezpiecznie?

Tak, to bardzo ważne. Bo krwawienie to metafora. Robię prace, które mówią o byciu żywym. Dlatego tak ważne jest, by krew była prawdziwa. Nie interesuje mnie teatr, nie jestem opowiadaczem historii, nie robię filmów w stylu Tarantino. Praca musi być integralna. A ciało musi zachować swoją godność. Poza tym krwawienie to rodzaj języka, na który wpływ ma również ten, kto to ogląda, świadek. Dlatego integralność tych projektów była dla mnie tak ważna. Widziałem ludzi w klubach, którzy próbowali mnie naśladować. I tracili nad tym kontrolę. Przestawało być śmiesznie, zaczynało być strasznie. Cięli się za głęboko, lądowali w szpitalu. To bardzo nieodpowiedzialne wobec publiczności. A dla mnie to jest metafora. Chodzi o produkcję obrazu.

Czym jest ta metafora?

To metafora ciała jako terenu (site). Wiąże się z tym cała masa politycznych i kulturowych odniesień, rodzaj bagażu związanego z tym, skąd przychodzę: kościół rzymsko-katolicki, lata 60. i 70., w których się urodziłem i wychowałem, Włochy, ciało, które należy do państwa – rozumiesz, przelewanie krwi za kraj. Chciałem to dla siebie odzyskać. W latach 80., gdy zaczynałem, posłużenie się sobą samym było najbardziej demokratycznym sposobem, w jaki mogłem pracować.

Demokratycznym czy solipsystycznym?

Demokratycznym w takim sensie, że to moje własne ciało. Nie interesuje mnie praca z cudzą krwią. Ciało jest tym, czym jesteśmy. Ciało jest terenem reprezentacji. W języku wizualnym reprezentuje sztukę, miłość, ból, odrzucenie. Jeśli ciało jest płótnem, to krew jest moją farbą olejną, moim akrylem. Czemu jej nie użyć? No i rzecz jasna masz całą tę polityczną i kulturową otoczkę – kim jesteś, by posługiwać się własnym ciałem? W naszym społeczeństwie to tabu. Ciało do nas nie należy. Ktoś może zadecydować, że straciłaś kontrolę, i cię zamyka. Albo jak umierasz, twoje ciało nie należy do ciebie ani do twojej rodziny – państwo je zabiera. Także dla mnie to był gest polityczny: jestem dorosły, nie zabijam się, nie krzywdzę się publicznie – tworzę obrazy za pomocą tego, kim jestem, tym, co należy do mnie.

Ale to było 20 lat temu. Teraz krwawienie nie jest już potrzebne. Krwi jest dosyć. Jesteśmy odwrażliwieni. A krwawienie to metafora, pokazująca, że jesteśmy ludzcy, zniszczalni. Z własnej wrażliwości zdajemy sobie sprawę dopiero, jak się skaleczymy, zranimy, jak zdarzy nam się wypadek, jak ktoś nas zaatakuje. W świecie, w którym wszystko jest uzewnętrznione, dobrze jest pokazać, że jesteśmy ludźmi. Że jesteśmy zwierzętami. Technologie się zmieniają, a nasze potrzeby czy pragnienia są wciąż takie same – pragnienie wolności, przynależności, nie bycia odrzuconym.

Na jednym z blogów przeczytałam o twoich performensach coś takiego: “To o Franko, o tobie, o umiejętności odpuszczania, o kochaniu, umieraniu, potrzebie, pragnieniu. Popowe piosenki mówią o tym samym. Większość produkcji hollywoodzkich dałaby się zabić, żeby móc się podpiąć pod nadzieje i obawy publiczności z jej prostymi przedstawieniami. A Franko B. jakoś udaje się to zrobić”. Jak dajesz radę mówić o tych „ostentacyjnych sentymentalizmach”, jak to określił ów blogger, bez kulturowej aury pretensjonalności, która temu zwykle towarzyszy?

Ależ ja o to nie dbam! Nie chodzi o to, że możesz zadecydować, że będziesz mniej lub bardziej wrażliwa – chodzi o stawanie się, o to, że stajesz się tym, kim jesteś, a nie że udajesz coś innego. Z drugiej strony, ludzie oceniają mnie na podstawie tego, jak wyglądam. I zakładają, że jestem prosty, twardy i maczo, z nizin społecznych. Jasne, chadzałem do klubów gejowskich i wyrywałem facetów, czasem zaczepiali mnie i mówili: „O, ty to na pewno musisz lubić ból”. A ja nie znoszę bólu! Raz poszedłem do szpitala, i chcieli mi zrobić biopsję wątroby. Ja na to do lekarza: „Niech mi pan da jeden dobry powód, dla którego miałbym się na to zgodzić. To ingerencja w moje ciało”. On na to, że przecież ktoś taki, jak ja, nie powinien się takim rzeczami przejmować.

Czyli co, chodzi o kontrolę nad ciałem?

Nie, bo w pewnym sensie nie jesteś w stanie mieć nad nim kontroli. To znaczy oczywiście ciało jest polityczne. Ale zawsze powtarzam, że wszyscy jesteśmy artystami ciała. Czy nam się to podoba czy nie, musimy pracować z naszymi ciałami, żyjemy z nimi. Musisz iść do kibla, musisz zająć się swoim ciałem, jesteś medykalizowana, oczyszczana.

Czy ciało jest tym medium, które może nas wyzwolić?

Tak, jest medium. Ale wyzwolić musisz się sama.

Mówisz o tym z perspektywy artysty, który tworzy rzeczywistość?

Nie, z perspektywy człowieka. Nie masz władzy, kiedy jesteś dzieckiem. Jak się starzejesz, znów ją tracisz. W wieku 12 lat wiedziałem, kim jestem, zdawałem sobie sprawę ze swojego trudnego położenia. I nagle dotarło do mnie, że jest z tego wyjście. I że wyjściem jest ucieczka, dorośnięcie, wyzwolenie się. Dlatego w wieku 16 lat zostawiłem wszystko, co mnie wiązało, i zacząłem żyć po swojemu, totalnie niezależnie.

Czy ten rodzaj wolności musi się wiązać z interakcją między ciałem, które chce być wolne, a społecznymi konwencjami?

Na pewno ma to związek z kulturową i polityczną ramą danego czasu. Czasy mojej młodości, koniec lat 70., to burzliwy okres we Włoszech. Jak masz 8 lat i widzisz policjanta na motorze, to naturalnie chcesz zostać policjantem. Jak doszedłem do 12 lat, to już wiedziałem, że policjantem nie chcę zostać. Zdecydowałem, że jestem lewicowy, że nie zamierzam być faszystą, pracować dla państwa, iść do wojska. W pewnym sensie zdałem sobie sprawę, że jestem anarchistą. Jak miałem 14 lat, świadomie powiedziałem, że nie wierzę w Boga, za co zresztą wyrzucili mnie z religii.

Jak zobaczyłam film dokumentujący jeden z twoich najsłynniejszych performensów, „I miss you”, czyli zrealizowany w londyńskiej Tate Modern pokaz mody, w trakcie którego szedłeś cały wybielony po białym wybiegu, i sączyła się z ciebie krew, malując piękne wzory, przypomniałam sobie siebie samą, idącą do ołtarza w białej sukni. Tyle że nikt nie mdlał ani nie płakał. Wszyscy byli szczęśliwi, nie było żadnej krwi.

Wciąż jesteś mężatką?

Tak, ale to coraz trudniejsze.

Myśmy się pobrali z moim partnerem w zeszłym roku, ale w inny sposób.

No właśnie, czy nie chodzi właśnie o ten “inny sposób”?

Na tym polega piękno języka wizualnego. Jak tylko upublicznisz pracę, jak tylko pokażesz ją innym, zaczyna należeć do nich. Może być czytana w zupełnie inny sposób, niż zamierzałaś. To, co mnie interesuje, to że my nie tworzymy języka. My go raczej przechwytujemy, przywłaszczamy sobie na moment.

Nadal wierzysz w moc bycia świadkiem traumatycznego doświadczenia?

Cały czas jesteśmy świadkami. To kwestia tego, co wybieramy sobie do zapamiętania. Po co zawracać sobie głowę tym, czego nie pamiętasz? Uczysz się starzejąc, zmieniając się.

A jak ty się zmieniasz?

Staję się bardziej liberalny, to znaczy przestaję być tak nieustępliwy i biało-czarny jak wtedy, gdy miałem 20 lat. Wtedy postrzegałem siebie jako ateistę, na przykład, teraz myślę o sobie jako o niewierzącym. Co ma znaczenie, bo kiedy mówię, że jestem niewierzący, to akceptuję wiarę innych, podczas gdy jako ateista w pewnym sensie ich kwestionowałem. A kim ja jestem, żeby ci powiedzieć, że Bóg, w którego wierzysz, nie istnieje? To za proste.

Próbuję tak naokoło wrócić do wątku niekrwawienia…

To inne podejście do krwawienia po prostu. W pewnym sensie trochę śmieszne, bo sprawiasz, że publiczność krwawi, ale w inny sposób.

Czemu to robisz?

Bo wszyscy krwawimy.

Czym w takim razie jest dla ciebie krwawienie?

Byciem żywym.

Chodzi o ból?

Nie, nie chodzi o ból. Tylko o otwarcie się. O przyzwolenie na to, by dać się zobaczyć.

Wrażliwość?

Do pewnego stopnia. W najnowszym performensie “Don’t Leave Me This Way” [pokazywanym w czerwcu 2008 w Teatrze Dramatycznym w ramach Festiwalu Odkryte/Zakryte – M.P.] chodzi mi o to, by publiczność znalazła się w innej roli. Nie jako pasywny konglomerat – tylko jako ktoś, o kim można powiedzieć, że tu jesteś, że na mnie patrzysz, że ja patrzę na ciebie. Kwestionuję tu możliwość bycia tylko obserwatorem.

Na czym polega różnica między tym peformensem, gdy realizujesz go przed zwykłą publicznością, a jego drugą wersją, opartą na interakcji twarzą w twarz?

W sytuacji jeden na jeden ludzie, którzy przychodzą, dostają mniej niż sądzili, że dostaną. Z punktu widzenia wartości rozrywkowej nie dzieje się nic. Wchodzisz do pomieszczenia, siadasz na 40 sekund, wychodzisz. To praca, która kwestionuje twoją rolę. Dziwna praca. Nie wiem na czym polega to, że działa.

Jak do tego doszedłeś?

Chciałem znaleźć inny sposób na intymność. A my doświadczamy największej intymności właśnie w takich sytuacjach, gdy nie możemy się nawzajem zobaczyć. Wiesz, że jesteś obok mnie, ale nie możesz mnie dotknąć. Wiesz, że tu jestem, ale mnie nie widzisz. Czuję cię, ty mnie czujesz, słyszę cię, twój oddech, ty słyszysz mnie, możesz do mnie mówić. I oni zawsze pytają – jesteś tutaj?

Jak rozpoznajesz intymność?

Nie wiem. Czujesz ją. Sprawia, że twoja skóra zachowuje się inaczej.

Chodzi o zaufanie? O bliskość emocjonalną? O relację fizyczną?

Niekoniecznie fizyczną. Myślę, że to bardziej poetyckie. To sen.

Jaką rolę odgrywa tu ta inna, alternatywna wizja piękna ciała – gejowskiego, niedoskonałego, wytatuowanego – próba pokazania go w ramach znormalizowanej kultury?

W każdej społeczności jest jakaś pod-społeczność. Każde społeczeństwo ma swój darkroom. Nie tylko gejowski. I nie ma znaczenia jak liberalni jesteśmy, to się po prostu przejawia na różne sposoby. Powód jest banalny – ludzie się różnią jeśli chodzi o to, czego pragną i potrzebują. W Wielkiej Brytanii kultura gejowska się skomercjalizowała. Często daje się to jako przykład gejowskiego wyzwolenia, ale dla mnie to tylko kapitalizm, różowe funty.

Co w takim razie jest darkroomem współczesnego Zachodu?

Z perspektywy gejowskiej dziś nie ma żadnych tabu. Wiele klubów wciąż ma pomieszczenia na zapleczu, w których ludzie mogą uprawiać seks. Różnica polega na tym, że w ten świat weszły korporacje. Taki klub Heaven na przykład. Jeden z pierwszych klubów gejowskich w Londynie, jeszcze z lat 70. Teraz jego właścicielem jest Virgin. Rozumiesz? Na wejściu stoją ochroniarze. Jak znajdą pigułki ekstazy, to wzywają policję. Nie możesz uprawiać seksu. Wszystko jest czyste i przyjemne. Muzyka gówniana, ludzie sztuczni. To dla turystów! A jednocześnie wciąż istnieją kluby, które organizują prywatne imprezy. Jak ten pub w Cambridge niedaleko mojego studia, gdzie raz w miesiącu małżeństwa przychodzą i uprawiają seks. Zwykły pub w konserwatywnym miasteczku, wszyscy wiedzą, że co miesiąc ludzie się wymieniają swoimi żonami i mężami. Totalna hipokryzja. Ale myślisz, że to coś nowego? Myślisz, że Wiktorianie tego nie robili?

Sugerujesz, że intymność może być mniej lub bardziej autentyczna?

To nie ma nic wspólnego z intymnością. Geje są w stanie uprawiać seks gdziekolwiek, w parku, w kiblu. Był kiedyś taki fantastyczny kibel w londyńskiej Royal Festival Hall, na drugim piętrze, wszyscy o tym wiedzieli. Nie próbuję powiedzieć, że to nie może być intymne. Ale generalnie teraz nie chodzi tu o wolność wypowiedzi – tylko o kasę, o konformizację.

O wykorzystanie pragnienia?

Dokładnie. Pragnienie jest kontrolowane [policed - not. M.P.]. Nie masz prawa pragnąć. To znaczy możesz swoje pragnienie wyrażać – i płacisz za to przykładowo 15 funtów. A ludzie na to idą, bo są ekshibicjonistami. Ale ja bym się teraz nie zdecydował na uprawianie seksu przed setką gapiów. Nawet jakbym poszedł do takiego klubu, to pewnie udałbym się do kibla. Albo po prostu spróbował zaciągnąć poznanego kolesia do domu.

To po co nam dziś intymność?

Potrzebujemy jej. Ludzie się wstydzą, boją się pokazać kim naprawdę są. A intymność polega na opuszczeniu gardy, tej powłoki ochronnej, tego zewnętrznego gówna, którym się obudowujesz.

Tagi:

Krew 8: Stygmaty Ciała

lipiec 7th, 2009 | Brak Komentarzy | Kategoria: architektura, multimedia, performans, rozmowa

Teraz trochę autopromocji. Popychając dalej i dalej temat bólu i krwi w teatrze, pozwolę sobie na trochę autopromocji i przypomnę jeden z „Szotów” nagranych przez e-teatr.tv prawie rok temu. Wystąpi między innymi Ron Athey, więc warto. Jednocześnie Hermy Auguste Wittstock, nikomu nie polecam. Moim zdaniem za mało wszystkiego. “Szot”jednak dobry. Play.

Tagi: , ,

SwingShiftSideShow

lipiec 4th, 2009 | Brak Komentarzy | Kategoria: hc, performans

Czasem po prostu nie wiem co powiedzieć. Jakiś czas temu myślałem, że performerzy, którzy poszli dalej ścieżką ryzyka wytyczoną przez Marinę Abramovic oraz ścieżką degradacji i bólu narysowaną przez akcjonistów wiedeńskich, dotarli do jakiejś finalnej granicy. Ron Athey, Franko B - każdy kto na nich patrzy, myśli w skrytości ducha, że dalej się już nie da, że nie ma żadnego dalej. A jednak - ból serwowany jako sztuka, nie jest tak straszny jak ból serwowany jako rozrywka. Tak, tak - wracamy do cyrku noir, współczesnych fakirów i mocnego freak show (jeżeli ktoś ma gorszy dzień, niech nie ogląda - nalegam).
SwingShiftSideShow - to nazwa współczesnej grupy ‘entertainerów’ z Las Vegas - coś na kształt ropiejących, wynatórzonych marzeń. Troche nie wiem co napisać - zalewa mnie pot kiedy to oglądam. A jednak dzieje się to bez rozlewu krwi.

Absolutny mistrz. Pełna kontrola ciał. Jest to jedyny przypadek jaki zanm w którym ktoś dokonał ’suspension’ na jednym haku. Gdyby ktoś nie zuważył - pękła lina, hak pozostał w skórze.
Na koniec wywiad. Krótki, a jednak przeraża.

Tagi:

sweat, blood and no tears

lipiec 2nd, 2009 | Brak Komentarzy | Kategoria: hc, performans, rytuał, społeczeństwo, teatr

“Circus Mundus Absurdus” to grupa cyrkowców działających od 1999 roku. Od zeszłego roku ich występy są zawieszone.
Przerwa nie jest jednak czasem zmarnowanym – Jussi i Lassi działają pod wspólnym szyldem, Visa ćwiczy buto w himalajach, pisząc w wolnych chwilach scenariusz nowego show, a Antti eksperymentuje z ogniem. Nic dziwnego, że stworzyli cyrk noir.

Wszystko zaczęło się od spotkania Antti Kervinen i Eero Auvinen w jednej z finlandzich „art schools”. Ich pierwsze numery to klasyka czerpana ze słownika fakirów – chodzenie po szkle, połykanie ognia, ognisty oddech, „bed-of-nails” itd.. Po pewnym czasie dołączyli Jussi i Lassi, którzy wiedzieli to i owo o kolczykowaniu, hakach i popchnęli działania grupy w rejony obsceny i hard coru. Tak już zostało.

Członkowie grupy deklarują, że ból nie jest celem samym w sobie. To po prostu część tej roboty, codzienność, rutyna. Tak jak diabolo, poi i akrobatyka - oraz wszystkie inne umiejętności, które znajdują się w ich technicznym arsenale. Co najmniej polecam :)

s

Tagi: ,

bloodbath

lipiec 1st, 2009 | 1 Komentarz | Kategoria: archiwalia, hc, performans, rozmowa, rytuał

Po przerwie spowodowanej rozlicznymi trudnościami – zaczynając od stanów chorobowych, a na braku internetu kończąc, wracamy mocnym uderzeniem. Łatwo się domyślić, że dzisiaj będzie o performerach. Wszystkim tym, którzy nie przepadają za sado, za maso, za anal i fekal oraz za wszelkiego rodzaju ritual cutting, niech dadzą sobie dziś spokój z lekturą tego śmiesznego bloga (o teatrze).

Przed nami film z 2006 roku, nakręcony, wyprodukowany i wyreżyserowany przez Andy Lee dla Channel 4 w ramach cyklu „Artshock”. Hard core to chyba mało powiedziane. Zapraszam na 58 minut lekcji o ciele, teatralności i krwi.

czerwiec 1st, 2009 | Brak Komentarzy | Kategoria: performans, taniec

Kolejny performens Ivo Dimcheva - tym razem z połowy 2008 roku.

“Paris” : “Im in the center of the city , confused , on the edge of a suicide, Im a monument/”

Tagi: ,

PCV II

maj 31st, 2009 | Brak Komentarzy | Kategoria: archiwalia, muzyka, performans

Od czasu kiedy zrobiłem poprzedni wpis, właściw nie mogłem przestać myśleć Marclayu i jego twórczości. Każdy kto czyta mojego bloga nieco dłużej wie, że strzępki są bliskie mojemu sercu. Zwłaszcza jeśli w jakiś sposób wiążą się ze śmieciami ( Marclay przyznaje w jednym z wywiadów, że nie korzysta z materiałów wysokiej jakości. Przeważnie płaci za płytę około jednego dolara) . W każdym razie korzystając z okazji dorzucam kilka informacji o pracach Szwajcara…

 

Techniki użyte przy dekonstrukcji gotowych nagrań zakupionych na winylowych płytach – więc zapętlanie, rozczłonkowywanie, multiplikacje i odkształcenia – zyskują ponowną świeżość w kontakcie z czysto fizycznym, namacalnym przedmiotem. Wewnętrzne zapętlenia przedmiotów - „Virtuoso”, akordeon którego miech został rozciągnięty/zapętlony do długości ponad siedmiu metrów -, transformacje, zbliżone do tego co dzieje się z dźwiękiem przy jego czasowym rozciąganiu lub po prostu szatkowaniu na krótkie nie zależne od swego rdzenia elementy – “Drum kit” to konglomerat modułów zestawu perkusyjnego, który uzyskuje zupełnie nowe znaczenie poprzez ponowne przestrzenne rozplanowanie. Z przdmiotu, zamienia się w rzeźbę. Nieopodal “ready mades”.

 

Kolejne prace eksplorujące korelacje pomiędzy dźwiękiem, a różnymi formami jego wizualizacji owocują filmem „Guitar Drag”(2000) w którym głównym bohaterem jest Fender Stratocaster – legendarna gitara lat 60 – przywiązany do wlokącego go pick-up’a. Amplifikowany sygnał gitary + zapis przebytej trasy. Film nawiązuje do zbójstwa na tle rasowym z 1998 roku - kilku białych przywiązało czarnego mężczynę do samochodu terenowego i zawlokło go na śmierć.

 

Inne prace Marclaya, które choć wizualne, odwołują się bezpośrednio do muzyki( w tym przypadku przemysłu muzycznego i jego nasycenia treściami erotycznymi) to “Body mix” z 1992 roku - cykl kolaży wykonanych w całości z grafik znajdujących się na okładkach płyt winylowych. Pozornie nie mające ze sobą nic wspólnego okładki, połączone ze sobą, odsłaniają nagich, uprzedmiotowionych ludzi.


 

Transformacja popchnięta tak daleko jak to tylko możliwe. Już przy pierwszym oglądzie przytłacza ilościowy natłok – coś na kształt iskrzenia pamięci, która wśród masy barwnych plam, rozpoznaje same znajome elementy. Więc podstawą właściwie wszystkich opisanych tu prac jest agregacja treści, która to dopiero umożliwia jej przekształcenia. Wszystko ma swoje granice. Do „video kwartetu” Marclay, użył siedmiuset fragmentów filmowych.

„Video Quartet” z 2002 roku, to kolejna praca wykorzystująca technikę kolażu – dziesiątki hollywoodzkich filmów pociętych na drobne kawałki, współgra razem w muzyczno-wizualnym kwartecie. Przez siedemnaście minut (poniżej fragment).

 

Transformacja popchnięta tak daleko jak to tylko możliwe. Już przy pierwszym oglądzie przytłacza ilościowy natłok – coś na kształt iskrzenia pamięci, która wśród masy barwnych plam, rozpoznaje same znajome elementy.  Do „video kwartetu” Marclay, użył siedmiuset fragmentów filmowych. Trudno pojść dalej. Na koniec dwa klipy:

wywiad i set (polecam prowadzącą)

oraz

Record Players – rejestracja performensu z lat 80, opartego na dźwięku wytwarzanym przy użyciu płyt w nie tradycyjny sposób. .  LINK TU.

Do jutra.

Tagi: ,