2 x franko x b
Dzisiaj dwie prace Franko B.
‘I miss you’ oraz ‘Im thinking of you’.
Jedyne co mnie szokuje – ilość fleszy.
Rzeczywiście Farnko, produkje obrazy - tak jak deklaruje.
Bądź na bierząco - RSS
Dzisiaj dwie prace Franko B.
‘I miss you’ oraz ‘Im thinking of you’.
Jedyne co mnie szokuje – ilość fleszy.
Rzeczywiście Farnko, produkje obrazy - tak jak deklaruje.

“Circus Mundus Absurdus” to grupa cyrkowców działających od 1999 roku. Od zeszłego roku ich występy są zawieszone.
Przerwa nie jest jednak czasem zmarnowanym – Jussi i Lassi działają pod wspólnym szyldem, Visa ćwiczy buto w himalajach, pisząc w wolnych chwilach scenariusz nowego show, a Antti eksperymentuje z ogniem. Nic dziwnego, że stworzyli cyrk noir.
Wszystko zaczęło się od spotkania Antti Kervinen i Eero Auvinen w jednej z finlandzich „art schools”. Ich pierwsze numery to klasyka czerpana ze słownika fakirów – chodzenie po szkle, połykanie ognia, ognisty oddech, „bed-of-nails” itd.. Po pewnym czasie dołączyli Jussi i Lassi, którzy wiedzieli to i owo o kolczykowaniu, hakach i popchnęli działania grupy w rejony obsceny i hard coru. Tak już zostało.
Członkowie grupy deklarują, że ból nie jest celem samym w sobie. To po prostu część tej roboty, codzienność, rutyna. Tak jak diabolo, poi i akrobatyka - oraz wszystkie inne umiejętności, które znajdują się w ich technicznym arsenale. Co najmniej polecam
s
Tagi: circus mundus absurdus, circus noirPo przerwie spowodowanej rozlicznymi trudnościami – zaczynając od stanów chorobowych, a na braku internetu kończąc, wracamy mocnym uderzeniem. Łatwo się domyślić, że dzisiaj będzie o performerach. Wszystkim tym, którzy nie przepadają za sado, za maso, za anal i fekal oraz za wszelkiego rodzaju ritual cutting, niech dadzą sobie dziś spokój z lekturą tego śmiesznego bloga (o teatrze).
Przed nami film z 2006 roku, nakręcony, wyprodukowany i wyreżyserowany przez Andy Lee dla Channel 4 w ramach cyklu „Artshock”. Hard core to chyba mało powiedziane. Zapraszam na 58 minut lekcji o ciele, teatralności i krwi.

Dziś zapraszam na specyficzną przygodę - na styku gry, designu, muzyki i opowieści. “The Graveyard” to niezwykła gra komputerowa - chodzimy starszą panią po cmentarzu by odnaleść grób męża i posiedzieć na ławce, która pozwoli powspominać w niecodzienny wizualnie sposób. Aplikacja jest bardzo mała - zaledwie 30 mb. Polecam wszystkim, którzy lubią autorską przygodę z multimediami. Gra została napisana przez Auriea Harveya and Michaëla Samyna z “Tale of Tales”. Pełną wersję można nabyć za 5 dolarów. Róźni się ona on dema, możliwością śmierci głównej bohaterki w trakcie prowadzenia rozgrywki. Tyle o poczuciu humoru i grze.
Strona z której można POBRAĆ “Thr Graveyard”.
Tagi: Aurie Harvey, Michaël Samyn, Tale of TalesPonieważ blog rozrasta się, a czytelników przybywa, pomyślałem, że warto było by zrobić małe podsumowanie najciekawszych wpisów, opublikowanych od listopada. Zestawienie ma również na celu przekonanie nowych użytkowników – uwaga, nie zawsze zajmujemy się bzdurami! Miłej lektury.
TOP FIVE:
1. JFK - Wieczność pętli
2. Krew Ciało Krew
3. Monodram
4. Sanktuarium Beryla
5. Estetyzacj cierpienia część pierwsza
Być może nie jest to hit na miarę… na jakąś wielką miarę. W każdym razie został sfilmowany kamerą Super8, co sprawia, że kochanie go przychodzi bardzo naturalnie.
Połowa 2005 roku, pole golfowe w White Oak w Stanach. Trio o nazwie “Cherish” odgrywa fragment choreografii, który wypadł z ich spektaklu. Sympatycznie sklejony z obrazem i dźwiękiem, godny pięciu minut.
( to już kolejny wpis w którym jest “miło”, “sympatycznie” i “wesoło” - obiecuję, że wkrótce wrócimy do dziwactw. pozdrawiam )
Tagi: Cherish
Znalazłem ostatnio dość dużo rejestracji performensów Ivo Dimcheva. Jednak cóż z tego, skoro od czegoś trzeba zacząć. Proste logiczne zobowiązania regularnie zamieniają życie w koszmar. W takim razie zaczniemy od początku. Sława spłynęła na młodego bułgarskego tancerza i performera w 2005 roku, gdy pokazał swój performens “LIli Handel”. I właśnie to jest dzisiejszy gwóźdź programu. Wszystkich zainteresowanych szczegółową recenzją spektaklu, odsyłam TU.
. i zapraszam .
Tagi: Ivo Dimchev, Lili Handel
Dzień dobry. Już od dość dawna chodziło mi po głowie rozpoczęcie nowego cyklu pod tagiem „Ściana. Miasto. Tekst.”. Całość ma dotyczyć tego co widzę – więc świata. Głupizm. Jednocześnie nie będę się specjalnie przejmował ponadprzeciętną ułomnością tej definicji. Podobnie rzecz ma się z definicją „tearalizacji”, a przecież właśnie tym zajmuję się na blogu. Odsyłając Państwa do klasycznego dowodzenia podobnego przez podobne, ucieknę od problemu w nowy temat. Po co komu problemy. Do rzeczy.
Mieszkam w Poznaniu. Miasto stawia na mojej drodze rzeczy obok których nie mogę przejść obojętnie. Stawia ściany, miasta i teksty. Czasem niebywale głupie, czasem – małe dzieła sztuki. Co najważniejsze – wyjątkowe. Wyjątkowość polega na ingerencji użytkowników w przestrzeń. Kim są ludzie którzy piszą po drzwiach w toletach, murach, którzy udoskonalają billboardy? Jak to się dzieje, że przestrzenie użytkowe nabierają cech komunikatów? Oczywiście nie zamierzam odpowiadać na te pytania, ale przecież musimy mieć jakieś motto. Prawda? Mam nadzieję, że wystarczy nam fakt tego, że ja to kocham. A wiadomo jak jest z miłością – łatwo się zarazić.
W ramach premiery „Ściana. Miasto. Tekst. : Sanktuarium Beryla”.
Bloki. Krzaki. Garaże. Życie toczy się. Jednak nie dla wszystkich. Beryl zdechł. Nie wiadomo kto i nie wiadomo kiedy wydarł miastu kawałek przestrzeni. Beryl żył dwadzieścia lat. 78 - 98. Nie ma tam ławki, krzesła, stolika. Nic nie ma. To miejsce nie służy do leżenia, siedzenia, zjadania. To tylko kawałek chodniczka, który prowadzi do pamiątki po. Gdy wszystko dookoła plugawi się, Beryl tkwi w uświęconej ziemi. Sanktuarium które jest pomnikiem miłości i smutku. Nie daleko śmietnika. I nie jest to tania ironia. To życie.





Dziś trochę teatru w ramach korporacji.
Steve Ballmer – pierwsza osoba po Gatesie w firmie Microsoft, 43 najbogatsza osoba na świecie, urodzony aktor. Przed nami jego krótki popis. Być może właśnie to odróżnia go od Steva Jobsa z Apple – masowość zadeklarowana na wstępie musi rodzić prymitywizm. Zapraszam.
Stara reklama Windowsa, czyi miłe złego początki
Tagi: Steve Ballmer
Ludzie nie rozumieją tego, że Elvis był Królem. Ich głowy pustoszy legenda o Grubym Elvisie, który stał się nikim. Żaden z nas nie wie jak bardzo błądzi.
Niestety nie posiadam materiałów z Las Vegas, które pokazują powodzenie jakim mógł cieszyć się w okresie swojego „końca”. Wspomnienie projekcji koncertu, który widziałem dwa lata temu uwalnia się z pamięci pod tą postacią:
Zdecydowanym ruchem odsuwa od siebie mikrofon, zbliżając się do brzegu sceny. Kapel goni solo. Na widowni zamęt, kobiety zrywają się z miejsc, biegnąc w stronę, którą wskazują im strumienie światła. Robi się tłum. Elvis klęka na jednym kolanie, nachylając się nad głowami niewiast. Akt miłosierdzia. Kolejne pocałunki, kolejne kobiety, kolejne solówki. Tłum powoli znika, rozprasza się. Król wypluwa z siebie ostatni refren. Koniec.
Przed nami wcześniejsze ekscesy, w nieco łagodniejszej postaci. Sceniczne perwersje świętego narodu w wykonaniu człowieka, który doszedł do sławy na biodrach.
Spotkanie z Bogiem. Świętokradztwo, czy może raczej komunia? Twarze ludzi z pierwszych rzędów mówią nam o dziwnych emocjach. Narkotyczny chaos i szydercze słowa. Gdy Elvis Cię całuje zawsze jesteś gorszy od niego, nawet kiedy bije Ci brawo tysiąc dłoni. Spełnienie snu pomieszane z zakłopotaniem.
Rytuały purytańskiego kraju. Gdzie kryje się ironia? Elvis wypłynął nie tylko jako świetny wokalista. Sławę przyniósł mu także erotyczny ruch bioder. Kiedy menadżer Elvisa zdecydował o zmianie targetu, rock ‘n’ roll’owa młodzież została zastąpiona przez ich rodziców. Zmieniła się też muzyka. Pojawiło się więcej „smętów”, które były w stanie zaspokoić starszą publiczność. By zwiększyć swoją wiarygodność prawego człowieka, Elvis wstąpił do wojska. Teraz był już „good boy”. Mógł śpiewać dla więcej „people”.
Spokojna klasa średnia w schizofrenicznej dychotomii. Gdy wszyscy patrzą - biodra muszą milczeć, jednak gdy rzeczy ubrane są w zabawę, mogą dziać się w niebywale niewybredny sposób.
Nie był piosenkarzem. Piosenka stanowi tu tylko procent całego spektaklu. Zespół, światła i kolorowe stroje nie dają o sobie zapomnieć. A przede wszystkim ON – zlepek elektronów z kineskopowej lampy. Iskierki szczęścia. W Twoich ustach.
Zapraszam. Warto.
i mały dodatek
Tagi: Elvis, usa